Dwie twarze serwisu PS5 – od ‘magicznych momentów’ po klasyczną sadze

Serwis konsol ma w sobie coś wyjątkowego, zwłaszcza, gdy otrzymujemy sprzęt po przejściach. Obcowanie z takimi konsolami to coś pomiędzy pracą technika, archeologa i psychologa, który próbuje zrozumieć, co autor miał na myśli, zanim urządzenie trafiło na stół. Każde otwarcie obudowy to mała przygoda: nigdy nie wiesz, czy zobaczysz fabryczną konstrukcję Sony, czy twórczość własną poprzedniego właściciela, który „tylko chciał pomóc”. Jednego dnia trafia się sprzęt, który woła o ratunek po domowym lutowaniu, drugiego – egzemplarz, który przez rok udawał filtr powietrza w kopalni. A między tym wszystkim jesteśmy my: technicy z czarnymi łapami, z przymrużeniem oka wspominający kolejne „magiczne momenty”, które przynoszą nam klienci.

PS5 to konsola stosunkowo młoda, ale już doczekała się własnych legend serwisowych. I z każdym kolejnym egzemplarzem przekonujemy się, że nic nas już nie zaskoczy – aż do momentu, gdy jednak nas zaskoczy.

Dziś na warsztat wjechały dwie sztuki. Jedna po przejściach, gdzie ktoś postanowił wyeliminować ciekły metal, jakby był zbędnym dodatkiem, a przy okazji urządził małą demolkę lutownicą. Druga – klasyk, wizytówka użytkowania niczym w warunkach polowych: kurz, sadza i brud tak solidne, że można by nimi wyścielić budkę dla jeża.

To właśnie takie dni przypominają, że serwis elektroniki to nie praca dla białych kołnierzyków, ani dla panów informatyków w czystych koszulach. To zajęcie dla tych, którzy wiedzą, że pod warstwą brudu albo partactwa można znaleźć coś wartościowego – i mają cierpliwość, by to odratować.

Call Now Button